Bóg, którego nie było.
Bóg ≠ Bóg
W pracy tej będę rozważał sensowność istnienia pojęcia Boga w dzisiejszych czasach. Zaczynając pracę chciałbym poruszyć problem „politeizmu” w monoteizmie (tak, dosyć dziwnie to wygląda). Pomimo tego, że według chrześcijan istnieje jeden Bóg, można wyróżnić kilka jego, nie koniecznie powiązanych w 100% z religią oblicz:
1. Bóg starotestamentowy (władca) – surowy władca, patron Izraelitów, surowo karzący za występki. Zabójca (przykładowo Egipcjan). Bóg plag, śmierci, głodu. Rasista (uważał, że Żydzi są lepsi od innych ludzi). Do tego sadysta (przykład Abrahama). Rządny krwi i oddawanej mu czci. – Barbarzyński Bóg, na barbarzyńskie czasy.
2. Bóg nowotestamentowy (ojciec) – kochający ojciec. Sprawiedliwy, uczciwy, wyrozumiały i szlachetny. Zsyła syna, aby ten oddając życie, uratował ludzi od grzechu. Tak naprawdę w Nowym Testamencie poznajemy Boga tylko przez jego relacje z synem. Niewątpliwie Bóg który chcielibyśmy, żeby istniał.
W każdym razie, ukazują się, jak widać, dwa sprzeczne oblicza. Czyli jak, to jest jeden Bóg (i ma coś na kształt boskiej-schizofrenii), czy są to dwie różne postacie? – tak, postacie, bo szczególnie w chrześcijaństwie Bóg ma aż przesadnie ludzkie cechy. A ubóstwianie człowieka, w mojej skromnej opinii, za bardzo ociera się o niewolnictwo (mentalne) czy totalitaryzm. Bóg jest człowiekiem? Czemu nie? … A może czymś na kształt, jakimś innym życiem organicznym? Takie teorie też istnieją, a ze względu na łączenie tego z dosyć kontrowersyjnym tematem UFO, leżą na stercie „to jest niedorzeczne”. Tak więc, dopóki kosmici sami się nie przyznają do bycia natchnieniem dla twórców Starego Testamentu, pozostawię to bez komentarza (pomimo iż osobiście uważam to za dosyć prawdopodobną teorię). Mówiąc dalej o sprzeczności, można łatwo zauważyć jak łatwo dzięki temu można manipulować ludźmi. „Bóg kocha wszystkich, jest miłosierny, daje odpuszczenie!” – wersja oficjalna (Nowy Testament, nowożytny Kościół idzie coraz bardziej w tym kierunku, na szczęście). „Bóg nie tolerował innowierców! Tylko wierzący w jednego Boga mają przywilej życia!” – wersja nieoficjalna, kiedyś oficjalna, jako usprawiedliwienie wypraw Krzyżowych (do dzisiejszych czasów takie hasła są głoszone przez islamskich znawców Koranu). W każdym bądź razie. Jest to ta prymitywna część „boskości”. Są ta opowieści bardzo mocno zbliżone do mitycznych historii o Prometeuszu, Ozyrysie czy Mitrze. Osobiście wrzucam je do tego samego worka. Tak samo jak inne księgi filozoficzne, niosą ze sobą po części pewną mądrość życiową (coś na podobieństwo haseł Konfucjusza), ale nie widzę sensu, aby literacką zabawę symbolem uważać za absolutną prawdę (jak karze religia), do tego jeszcze w pewnym przypadkach, za dosłowną prawdę!
3. Bóg stwórca (początek) – sama filozoficzna idea Boga. Odrywam się teraz też od bajek o stworzeniu świata w 6+1 dni. Chodzi o samą koncepcję Projektu Inteligentnego. Miejsce, gdzie rzeczywiście religia i nauka łączy się, a w zasadzie, konkuruje. Ta idea jest jednak najmniej obecna w kościołach (czy synagogach lub meczetach), ponieważ nie potrzebuje wojen, nie wymaga szerzenia wiary, nie wywiera aż takiego nacisku na wyjątkowość człowieka (w przypadku połączenia koncepcji Inteligentnego Projektu oraz (poprzez) ewolucję). Jest to idea bardziej filozoficzna niż teologiczna. Uwalniając ideę Boga stwórcy od całego nalotu różnych baśni, przypowieści i tradycji, ujmując mu jego człowieczeństwa, i robiąc z niego bardziej „siłę sprawczą” niż „pana w okularach z deską kreślarską” stanowi całkiem atrakcyjną i prawdopodobną alternatywę dla koncepcji ewolucjonizmu. Właśnie dlatego w tej pracy od teraz skupię się najbardziej na tej koncepcji Boga.
Bóg stwórca – początek i koniec
Ludzie od zawsze zadawali pytania, czy to mniej czy bardziej filozoficzne, często pytały o stan, pochodzenie i organizację świata. Próbowali wyjaśniać to na swój sposób, człowiek z natury szuka wyjaśnienia zjawisk (czy to duchowych czy fizycznych), próbuje je jakoś usensownić. Tak oto narodziła się idea Boga. Tłumaczyła zjawiska przyrodnicze w dosyć prosty do zrozumienia dla przeciętnego (ciemnego kiedyś) człowieka – Bóg robił piorun, bo był zły (jak? – nie nam to rozumieć, co boskie), nasyłał plagę szarańczy, bo nie oddało mu się hołdu, bądź dawał piękną pogodę, ponieważ … to się raczej nie zdarzało (człowiek z natury zauważa coś dopiero, gdy mu jest źle). Taki stan świata akceptowali ludzie, bo mogli go objąć swoim rolniczo-koczowniczym umysłem. Jak wiadomo jednak ludzie są różni. Wokół tej idei zaczęła narastać tradycja i obrządki, historie i mity. Część ludzi wykorzystywała „nie nam to rozumieć, co boskie” dla własnych celów, chociażby kontroli. Człowiek urodzony w tym jeziorze tradycji, najczęściej nie był wstanie wypłynąć na ich wierzch.
Z drugiej strony istnieli ludzie nadal pytający, chcieli wiedzieć więcej. Kto to / co to jest ten Bóg? Dlaczego się gniewa? W jaki sposób ciska piorunem? Co to jest właściwie piorun, dlaczego świeci? Dlaczego drzewa się od niego palą? A co to jest właściwie ogień? Dlaczego jest takiego koloru? Skąd się biorą kolory? Dzięki takim ludziom zrodziła się filozofia, początkowo zgodna z religią. Religia jednak nie dawała wszystkich odpowiedzi. Zrodziła się matematyka, fizyka, nauki przyrodnicze, również humanistyczne, socjologia, psychologia itd. Każda z tych nauk uszczuplała wiedzę (moc) posiadaną przez Boga. Teraz już nikt nie boi się, że jeśli nie złoży baranka w ofierze o północy dnia trzeciego po ostatnim nowiu maja, to Bóg ześle na niego piorun, który zniszczy jego dom, ponieważ rozumiemy zależności (wiadomo, że nie wszystkie – wciąż pytamy…) w działaniu pioruna, poznaliśmy elektryczność. Bóg ma coraz mniejsze znaczenie, ponieważ już nie zaspokaja tylu naszych filozoficznych potrzeb.Jest jednak kilka aspektów świata, w których Bóg nadal nie ustąpił nauce. Jest nimi przede wszystkim sprawa powstania świata oraz aspekt duszy, emocji i ogólnie pojętego „człowieczeństwa” (biorę w cudzysłów, ponieważ uważam, iż większość z cech człowieka, uważanych za szczególne dla nas, nie są nieznane także zwierzętom – może i nawet roślinom, ale z nimi dosyć trudno się porozumieć). Pomimo jasno widocznej tendencji, w której nauka znajduje niewiadome istniejące tylko w bibliotece Boga, dużo ludzi uważa iż nauka może mieć kiedyś swój koniec dzięki naszemu ograniczonemu pojmowaniu lub niedoskonałym urządzeniom pomiarowym, jednak tu swoją rolę dobrze odgrywa matematyka (przykład teorii kwantowych), która nie ma ograniczeń. Inna sprawa, że Bóg może być naprawdę nieskończony, a wszechświat być na tyle boskim, by być fraktalem zarówno w mikro jak i makro świecie. W tym przypadku dążenie do wiedzy absolutnej może okazać się istną syzyfową pracą. Ale pytanie jest wpisane w sens naszego istnienia, jednocześnie więc nasze życie miałoby sens nieskończenie długo. Kolejną opcją jest to, iż wszechświat ma ograniczoną liczbę zależności (wiedzy), w tym wypadku, albo pojmiemy całość i staniemy się sami bogami lub, co bardziej według mnie prawdopodobne, będziemy dążyć do pełnej świadomości nigdy jej nie osiągając, tak jak przykładowo w matematyce ciąg nieskończony może dążyć do jakiejś liczby, nigdy jej nie osiągając. W większości tych przypadków kiedyś poznamy odpowiedzi związane z dzisiejszą „broszką” Boga, nie koniecznie w całości, ale podstawy, uproszczone modele (jak np. modele newtonowskiego świata do modeli einsteinowskiej relatywistyki). Coraz głębiej będziemy wchodzić w aspekty funkcjonowania wszechświata, a biologia da nam dokładniejsze odpowiedzi na temat śmierci czy naszego pochodzenia. Tak czy inaczej, uznaję wiarę w Boga nie za odpowiedź, a za jej brak, zgodnie z zauważalną tendencją. W tym momencie chciałbym nawiązać do tytułu pracy – może kiedyś będziemy w stanie powiedzieć – Boga faktycznie nigdy nie było. Był tylko pustką między tym co znamy, a tym co jest do poznania.
Bóg – pan materii
Zacznę znów od zaznaczenia, że chodzi mi o coś bardziej złożonego, niż tron króla, na chmurce ponad nami. Kiedyś wierzono faktycznie w „niebo w niebie”. Teraz chyba jest jasne iż niebo (boskie) jest tylko metaforą pewnego stanu ducha (teoretycznego). Pomimo tego i tak nadal większość ludzi myśląc o niebie (boskim) w głowie widzi złotą bramę na dwóch białych puchach. Niestety religia dała nam symbole, od których bardzo trudno uciec, które stoją w sprzeczności z tym co wiemy, ale jednak nadal wydają nam się ogromnie prawdziwe. Do rzeczy jednak.
Sporym problemem dla dzisiejszej nauki jest pochodzenie wszechświata, jego początek. Nauka ma na to parę teorii. Teoria wszechświata statycznego, która ze względu na obserwacje Hubble’a ukazujące oddalanie się od siebie galaktyk (wszystkie się oddalają znaczy, iż oddalają się od jakiegoś centrum; jest to oczywiście uśredniona wartość) została rzucona w kąt. Pałeczkę przejęła wtedy teoria Wielkiego Wybuchu. Wszechświat, wraz z całą materią, wymiarami (łącznie z czasem) powstał z osobliwości (obiekt o nieskończenie dużej gęstości). Nie było czasu, więc nie było nic „przedtem”. Ludzie ogólnie mają problem z nicością, ale o tym później.
Choć oczywiście jest to teoria, trochę zahaczająca o fikcję literacką (kiedyś samoloty za taką uważano), wydaje mi się, że znów kilka stron zostało wyjętych z biblioteki Boga. Teraz teologia coraz bardziej oddala się od pomysłu, iż Bóg rzeczywiście stworzył wszechświat w gotowej postaci, od razu z ludźmi na pokładzie, „ciężko” pstrykając palcami (tak nawiasem mówiąc, dlaczego odpoczywał 7-ego dnia, skoro jest wszechmocny? Ludzie męczą się, bo nie mają dość sił, a wszechmocny Bóg, ma chyba nieograniczoną moc… inaczej nie byłby wszechmocny). Teraz uważa się, że Bóg zainicjował eksplozję osobliwości. Czy naprawdę musi być ktoś, kto wciśnie w gęsty punkt palec, żeby coś się ruszyło? Czy coś nie może się stać, tak o samo? A cząsteczki z ładunkiem kto ciąga na boki w polu magnetycznym? (siła Lorentza) Bóg z liną?
Ludzie nie potrafią pojąć tego, że niektóre rzeczy po prostu zachowują się tak a nie inaczej, bo takie mają właściwości. Aż nasuwa się pytanie skąd, nasuwa się idea Inteligentnego Projektu. Ludzie przyzwyczajeni są, że ktoś coś tworzy. Ktoś tworzy prawo, ktoś buduje budynki, ktoś wymyślił komputer. Bardzo ciężko jest sobie wyobrazić, że coś dzieje się przypadkowo i spontanicznie. W nieskończonej ilości prób każdy z wariantów wydarzy się nieskończoną ilość razy. Tu wkraczamy już w teorię multiuniwersum. Czyli nieskończonej ilości wszechświatów. Gdzie to się zmieści? Nigdzie. Dosłownie i w przenośni. Wszechświat nie potrzebuje miejsca, sam sobie je tworzy w zero-wymiarowej przestrzeni, wraz z wybuchem. Rozszerzając się, tworzył czasoprzestrzeń. Jeśli jeszcze są wątpliwości co do braku czasu i przestrzeni przed, pomyśl o Bogu. Gdzie i kiedy byłby Bóg przed powstaniem świata? W tym samym „miejscu” i „czasie”. A skąd się wziął tam Bóg? Może taką samą drogą jak nowy wszechświat? Skoro ludzie dopuszczają do myśli, to iż Bóg istniał od zawsze, nawet przed powstaniem świata, to dlaczego widzą problem w założeniu, iż wszechświat nie ma wieku, i powstawanie nowych oaz trwa od zawsze? Także teoria Boga oraz Inteligentnego Projektu wcale nie tłumaczy w tym momencie więcej, a nie trzeba mieszać do tego dodatkowej zmiennej w postaci jakiejś „istoty”.
Istnieje także teoria, że wszechświat nie będzie rozszerzał się przez całą wieczność, aż zamarznie. Możliwe, że istnieje „miejsce” w którym rozszerzanie się zatrzyma i zacznie kurczyć, by znów zapaść się w osobliwość. Wszystko pozostanie stałe (masa-energia), więc nie przeczy to fizyce. Takie zapadanie i rozszerzanie może trwać od zawsze na zawsze (znów problem nieskończoności, patrz wyżej, „nieskończony Bóg”). Jest tyle alternatywnych możliwości, bardziej zgodnych z tym co obserwujemy, a z jakiegoś powodu większość ludzi nadal trzyma się teorii (sic! – teorii!) Boga. To że Bóg stworzył świat jest po prostu prostsze. Nie trzeba znać teorii kwantowych, relatywistyki, badań Hubbl’a czy miliona innych aspektów funkcjonowania kosmosu. Nie trzeba robić badań. Wystarczy posłuchać autorytetu, który powiedział, że tak jest.
Oczywiście istnieją naukowcy-teolodzy, ale oni także Boga postrzegają bardziej jako siłę sprawczą, niżeli tylko wyzwoliciela Izraelitów. Pytają i szukają odpowiedzi, ale oni Bogu przypisują nie „noszenie kul” tylko „spajanie świata w całość”. To są prawdziwi filozofowie Kościoła, nie fanatycy. Twierdzą, że przez to mogą się zbliżyć do Boga (wspominałem o tym wcześniej, stać się bogiem). W przeciwieństwie jednak do naukowców dodają jedną zmienną do wszystkich równań, która daje nadzieję…
Bóg – pan ducha
… na życie po śmierci. Ludzie od zawsze, doznając cierpień tego świata chcą czegoś, co im je wynagrodzi. Wierzą w lepszy świat po życiu. Niektórzy życie poświęcają na ścisłym przestrzeganiu zasad religii (nie koniecznie złych), aby doznać ulgi po śmierci. Ale po co marnować życie, skoro nic poza nim nie jest pewne? Życie to najcenniejszy dar, jaki dostaliśmy… ale pomińmy „rady wujka Sama” – jak żyć. Wokół śmierci, jako jednego z najciekawszych tematów, narosło wiele krzewów z mitami, przepowiedniami, dziwnymi doświadczeniami i przekonaniami. Jednak jak na razie monopol na odpowiedzi z działu „Życie po życiu” w bibliotece Boga ma religia. Coś, co jest tak trudno sprawdzalne, jest też problematyczne dla nauki, tym bardziej, że dopiero wchodzimy w epokę odkryć biotechnologii, a śmierć stoi na samym końcu tej ścieżki. Wielka niewiadoma. A może po prostu tak trudno czegokolwiek się dowiedzieć o czasach „po”, bo one najzwyklej nie istnieją? (tak samo jak trudno udowodnić istnienie jednorożców, pomimo iż są tak popularne)
Jak już wspominałem wcześniej, ludzkość ma problemy z nicością. Kolejne pojęcie abstrakcyjne, które trudno nam ogarnąć. Nie potrafimy uwierzyć, że tam może być NIC. Nie dopuszczamy do świadomości, że podstawa naszego aparatu poznawczego przestanie istnieć. Jak to mogłoby wyglądać? A co było przed narodzinami, po śmierci najprawdopodobniej może być to samo. Oczywiście pustka, choć w mojej opinii – najbardziej prawdopodobna, jest najgorszym ze scenariuszy dla którego alternatywą jest dusza, głęboko powiązana, można nawet powiedzieć – podstawa religii. Przez duszę rozumiem naszą osobowość, emocje i usposobienia, wszystko to co robi nas tymi, którymi jesteśmy. Lotny umysł ponad materią. Myśl bez ograniczeń.
W przypadku tego pojęcia, chciałbym zauważyć, że błędnie interpretowana jest pewna implikacja. Gdy jest Bóg, wtedy jest dusza. To jednak nie oznacza, iż gdy jest dusza, musi być Bóg. Ludzie często pod wpływem emocji, „widząc” duchy, zaczynają nagle modlić się do Boga, aby ustrzegł ich od złego. Tworząc teorię o zielonych Marsjanach jeżdżących samochodami po powierzchni czerwonego globu, nie robi jej prawdziwą tylko dlatego, że istnieją samochody. Także ktoś uważający za prawdopodobne istnienie duszy, nie koniecznie musi uznawać Boga.
Dusza może pełnić rolę tylko przekaźnika w pewnym procesie, może być cząsteczką ATP przy przekazywaniu energii. Może być spoiwem różnych wszechświatów pomiędzy którymi mogą przechodzić tylko myśli (nawiązując do reinkarnacji, ale w innych światach). Może być czymś w rodzaju wolnego od prawa materialnego pojazdu, ale to nie oznacza od razu, że musi się udać do rejestru samochodowego po przydział nowego garażu, lub na wieczne złomowisko. Może to dzięki różnicy jakichś potencjałów wie dokąd się udać, jak wiatr. Tak o, w reakcji na świat. W naturze nie potrzeba nikogo, kto by zarządzał. Człowiek musi zarządzać w odpowiedzi na reakcje natury.
Dusza jest nieuchwytna, jak cząstka Higgsa. A może ma z nią coś więcej wspólnego? A może dusza jest tylko częścią jednego, ogromnego pola świadomości, gdzie jak w komputerze, programy dzielą pomiędzy sobą pamięć wirtualną. Pomimo, że każdy działa osobno, mają wspólny sprzęt. Wokół życia tworzy się gęstsze pole świadomości, tak samo jak wokół masywnych obiektów zagina się przestrzeń. Umierając, oddajemy cząstkę siebie każdemu żywemu organizmowi poprzez równomiernie rozłożenie zgromadzonej gęstości (jak opadające wybrzuszenie na wodzie). W takim założeniu, chociaż nadal po śmierci, nie jesteśmy sobą w jednym kawałku, będziemy istnieć. Ale tutaj wkradają się zależności (jest fala, to i wzór na nią itd), czyli to co kocha nauka. Oczywiście są to tylko luźne rozmyślania, aczkolwiek jak blisko i jednocześnie jak daleko są od Boga. Ludzie mają klapki na czach i nie widzą nawet innych możliwości niż te podane przez tradycje (religię). I pomimo, iż to są także „trudnosprawdzalne” teorie, dorównują „trudnosprawdzalnością” idei życia po życiu w mniemaniu katolików (islam i 72 dziewice, już w ogóle pominę), a są nieco bardziej zbliżone sposobem pojmowania do wiedzy, którą już zdobyliśmy. Można by powiedzieć, trochę analogiczne do niektórych zjawisk. Dlaczego zatem ludziom łatwiej je odrzucić niż Boga? Indoktrynacja. Możemy się wypierać, ale część z tego co nam wpajano, nadal będzie gdzieś „tam” siedzieć.
Ostatnia sprawa w tym rozdziale – siła umysłu. Wszyscy, którzy widzą demony, duchy czy UFO, mogą ulegać najpotężniejszemu znanemu nam narzędziu – umysłowi. Rozum potrafi zmieniać nasze postrzeganie. Podczas snu wydzielana jest jedna z najsilniejszych substancji psychoaktywnych, codziennie ukazując nam możliwości kreowania świata przez nasz mózg. Dlaczego by niby takie wizje nie mogły nas kiedyś nawiedzić po przebudzeniu dzięki błędnej pracy jakiejś z części mózgu? Wizje gotowe. Poza tym, wydaje mi się, iż umysł daje możliwości zmieniania świata, i tego jak go postrzegamy, podświadomie chcąc coś ujrzeć, w końcu nasz świat zastosuje się do naporu. Taki efekt placebo, ale w drugą stronę. Różnorodność chorób psychicznych także ukazuje nam potęgę umysłu.
Kolejna dziwna sprawa, to dlaczego to katolicy mają wizję Maryi dziewicy, a nie Thora, a starożytni Egipcjanie wizję Ozyrysa, a nie Mahometa. Odpowiedź jest chyba dosyć oczywista, znów podłoże kulturalne i potęga tego co mamy za czołem.
Podsumowanie
Nie chciałem w tym tekście wykazać, iż jakaś z teorii jest jedyną prawdziwą, część pewnie ma jakieś niedomówienia, lub coś poprzekręcałem. Człowiek może się mylić. Tak bywa, ale nie można przestać próbować. W tekście dosyć często pojawiały się pytania, zamiast zdań twierdzących, ma to zwrócić uwagę na mnogość idei i niepotrzebne przywiązanie tylko i wyłącznie do jednej teorii. Powinniśmy oczywiście zajmować się tą, która jest dla nas najbardziej prawdopodobna, ale pamiętając o reszcie. Wydaje mi się także, że do prawdziwego badania świata powinniśmy odsunąć od siebie antropocentryczny punkt widzenia, i zdać sobie sprawę, że natura nie słyszała opowieści o Jezusie z Nazaretu, czy Mahomecie z Mekki. Świat by działał równie sprawnie bez nas, dlatego musimy go badać w taki sposób, jakby nas nie było. Świat sam w sobie nie daje nam także żadnych oznak, że istnieje Bóg Ojciec, gdyby nie my, to prawdopodobnie by nie istniał. W taki sposób chciałbym zakończyć pracę, powracając do tematu:
„Wtedy pojawili się ludzie, a wraz z nimi – Bóg, którego nie było.”